Wrota
Sen jest pełen symboli - liczba trzy, wrota-brama, tłum, schody, świątynia... (sen w końcówce kwietnia 2021)
Pierwszy kadr
Jestem w jakimś dość starym mieście. Stoję w tłumie. Ludzie przepychają się do ogromniej bramy, wrót wiodących do wnętrza jakiegoś budynku przypominającego dawny zamek. Brama jest czarna, kuta, bardzo duża i ciężka. Zdobiona kratownicą i ćwiekami. Ciżma pcha się tam. Każdy chce wejść, ale ilość osób, które zostaną wpuszczone jest ograniczona. Kto pierwszy ten lepszy, kto silniejszy, sprytniejszy, bardziej bezwzględny....
Nie wiem co tam jest za bramą, w warowni, ale to musi być bardzo pożądane, by się wedrzeć do środka. Jestem na końcu, wiem że nie dopcham się, nie mam szans. Wycofuję się. Odchodzę.
Drugi kadr.
Znowu plac, mur, warownia i brama. Tu jest ledwie kilka osób. Brama jest jednak bardzo wysoko. Trzeba się wspiąć po bardzo wąskich schodach. Stromych, niestabilnych, bez poręczy. To niebezpieczne i wymaga dużo wysiłku. Jest tam Edyta, z którą pracowałam w Agrobanku w latach '90. Idzie przede mną. Wygląda tak jak obecnie, nie tak jak wtedy. W końcu docieram na szczyt. Staję na progu we wrotach... Zaskoczenie! Przede mną rozpościera się po horyzont ogromna łąka. Piękna, skąpana w świetle łagodnego popołudniowego słońca. I tylko jeden problem - jest daleko w dole! By przejść na drugą stronę trzeba skoczyć na złamanie karku z wrót w dół! To wysokość jakby 10 piętrowego wieżowca. Innego sposobu zejścia nie ma. Ryzykuj! Edyta skoczyła. Ja nie! Tylko żachnęłam się i powiedziałam głośno: "O nie, nie, nie!!!! Nawet mowy nie ma!" Musiałam wrócić na dół, na plac, przed budynek zamku... Czułam się oszukana. Tyle wysiłku włożyłam, by tu się wspiąć. Teraz mam tylko kłopot - jak zejść po tych kruchych, bujających się pod stopami, pionowych schodach. Do tego muszę się minąć jakoś z wchodzącymi po nich ludźmi. Czułam się jak w pułapce. Zwiedziona, zwabiona podstępem, wprowadzona w błąd. Ta piękna łąka też była jedynie pięknym, ale nie prawdziwym obrazkiem. Taką ułudą. Obietnicą, przynętą...
Trzeci kadr
Stoję przed trzecią bramą. Jest zupełnie pusto i cicho. Jestem sama. Styk dnia i wieczoru. Ciepło.
Brama jest zamknięta. Stukam, ale nikt nie otwiera. Biorę nie duży kamień i walę nim w metalowe wrota. Po pewnym czasie słyszę, że zamek we wrotach odblokował się. Mogę wejść. Naciskam klamkę i wielkie drzwi otwierają się. Wchodzę do ciemnego przedsionka. Wrota za mną zatrzaskują się ponownie. Przede mną jest ogromna metalowa krata. Zamknięta. Za kratą, spowite mrokiem pomieszczenie przypominające nawę kościoła... to jednak nie jest kościół. Ponownie walę w kratę i krzyczę: "Otworzyć kratę! Otworzyć kratę!". Po kilku razach z niewielkich drzwi po lewej stronie wychodzi mężczyzna. Wysoki, szczupły, siwy, w wieku ok. 55-60 lat. Ubrany jakby w szatę z czasów rzymskich. Spokojnie do mnie podchodzi i mówi tylko jedno zdanie: "Jezus przyjmie Cię pojutrze". Odwraca się i odchodzi. Znika w drzwiach, z których przyszedł. Ja jestem tak zaskoczona i przestraszona, że przez chwilę zastygam w milczeniu. Nie tego się spodziewałam! Wogóle nie wiem czego się spodziewałam, ale nie tego! Jezus? Mnie? Ale... ojej!!! Taki respekt poczułam. Takie.. że nie jestem przygotowana, że może coś źle zrobiłam, że to będzie taki rachunek, takie wysłuchanie i, osąd, ocena i ech - no, aż tak, to nie chciałam zwracać na siebie uwagi. Jednocześnie czuję ulgę, że mam jeszcze czas na przygotowanie się do rozmowy, na oswojenie się itd. Czułam powagę sytuacji, szacunek, respekt, ale... to nie był strach, panika. Nie...
Teraz chciałam stamtąd jak najszybciej wyjść! Byłam między kratą a wrotami. Czy się otworzą? Otworzyły się bez żadnego problemu. Pusty plac, cisza, ciepło, wieczór. Ulga.
I jeszcze takie dziwne coś co zmroziło mi w żyłach krew. Po tym jak "rzymianin" zniknął w ciemnych drzwiach, stojąc jeszcze w szoku za kratą, zobaczyłam w nich małego (ok 1-1,2 m) stwora człekopodobnego. Był cały karminowoczerwony. Śmiał się ze mnie szyderczo. Wiedziałam, że będę musiała koło niego przejść korytarzem, gdy przyjdę na rozmowę... "pojutrze"... Śmiał się i był zadowolony, że wzdrygam się na tę myśl. To nie był dobry stworek, raczej obrzydliwy, odpychający, wywołujący wstręt. Jednak nie wiele więcej mogący mi zrobić.
Obudziłam się. Czułam ulgę, że to był tylko sen... Co znaczył? Co chce mi opowiedzieć?