czwartek, 28 listopada 2013

Ewakuacja

12.10.2013 r. noc z soboty na niedzielę


Śnię...

 Wielki hol wielkiego budynku... Chyba jakiegoś centrum badawczo-naukowego (?). Nie jestem pewna.
 A może to stacja kosmiczna albo statek-planeta zawieszony, gdzieś w przestrzeni w kosmosie? Takie dziwne miejsce...
 Jest dużo ludzi. Tłok, zgiełk, ścisk, przepychanie, nerwowość... Losowanie, lista, jakiś taki przymusowo-dobrowolny konkurs. Znowu takie dziwne okoliczności... Ludzie zostaną podzieleni na dwie grupy - wybranych i niewybranych. Przez co? Przez kogo? Dlaczego? Po co? Według jakich zasad, jakiego kodu?
 To taka trochę "ruska ruletka"...
 Tu gdzie żyjemy jest... no coś nieciekawie się dzieje. To miejsce już długo nie przetrwa. Destrukcja jest powolna ale niestety stała. Zanim pokolenia wyginą razem z tym miejscem upłynie jeszcze trochę czasu, ale żyć będzie z każdym dniem i miesiącem trudniej. Zasobów będzie ubywać szybko. Ludzie staną się bezwzględni. Okrutni, brutalni i dzicy.
 W wyniku jakiegoś losowania - selekcji niektórzy mają szansę na ewakuację do ... innej rzeczywistości? Do równoległego świata albo na inną planetę, inny statek? Mają szansę uniknąć zagłady, wydostać się stąd.
 Będą wybrani... To jedna z wielu tur, ale to nie tak, że kiedyś każdy będzie mógł być ewakuowany. Jest określona ilość rzutów. I jest określony - krótki - czas! Nie wiem dlaczego... Nie wiem kto o tym decyduje... i kim/czym jest. Czy ci co to robią (tzn. ewakuują) odlecą, czy też wyczerpie się miejsce docelowe, a może zamkną się "wrota" do tego miejsca? Więcej pytań niż odpowiedzi.

 Czy bycie wybranym to dobrze czy źle? Zastanawiam się nad tym stojąc w holu hali w rozemocjonowanym tłumie. Mam tak wiele wątpliwości... Są tacy co TYLKO się cieszą.
 Nie wiem czy bym chciała... Nie znam "dobrodziejów", którzy o tym decydują. Nie znam ich intencji i absolutnie nic o nich nie wiem. Kto/co dokonuje przeniesienia? Dokąd, po co i dlaczego, to robi? Bezinteresownie czy za coś? Czym to "coś" miałoby być?
 To co wiem o tym (tych?) "bycie" ("bytach"?), to  tylko głos przez megafon. Głos matowy, wydający polecenia, przekazujący komunikaty. Czy to byt ziemski czy jakiś inny, nieznany? A jeśli inny to jaki?
 Czy nie ma złych intencji?
 Jak wygląda ten "nowy świat"?
 Co tam jest, co czeka ewakuowanych?
 Czy aby nie zostaną nikczemnie oszukani i wykorzystani?
 CO - TO - WOGÓLE - JEST????

 Ludzie się cieszą! Wylosowani pękają ze szczęścia. Taki fart! Taka szansa! Nobilitacja!!!
 Idą schodami-rampą na górę. Jest tam chyba jakaś śluza... przejście "na" lub "do"... kądś/czegoś. Śluzy pilnują humanoidalni strażnicy. Ci wybrani ludzie są dumni i szczęśliwi. Wiedzą, że już nigdy (!) nie wrócą. To droga w jedną stronę. Gdy już się zgodzisz nie możesz się wycofać, rozmyślić, zrezygnować, zawrócić. Dokonujesz jednokrotnego, nieodwracalnego wyboru... Oni się cieszą i śmieją. Idą rampą z ogromną radością i energią. A ja stoję na dole... patrzę...i cały czas myślę, że to głupia radość jest....
 I z czego się cieszysz? Jesteś jak małe, bezwolne, bezrozumne, głupie zwierzątko prowadzone rampą ku zagładzie. Tak kiedyś prowadzono więźniów do krematorium, też mieli zażyć jedynie kąpieli... Tak im powiedzieli.
 "Wybrani" cieszą się i o nic nie pytają. Wystarczy, że poczuli się lepsi od innych. Od tych nieudaczników stojących w holu na dole. Od tych tam - ze smutnymi oczyma, z twarzami bez uśmiechu, z opuszczonymi rękoma... Są lepsi i sprytniejsi o tych co zostali, od tych skazanych na powolną zagładę. Są WYBRANI, Wygrani!!! Tak im powiedzieli... i wystarczyło, by nie pytali co dalej. Nie ważne! Ha, ha, ha jakże ci na dole muszą im zazdrościć! Przegrana hołota! Matołki co nie umieją się wkręcić i gdzie trzeba dopchać! Ha, ha, ha!

 Poszli...

 Nam kazali rozejść się grupami do różnych auli - sal. Różniły się wielkością i przeznaczeniem. Niektóre były ogromne, długie i bardzo wysokie, pełne rzędów krzeseł jak w dworcowej poczekalni albo w auli wykładowej.
 Światła na holu przygasły. Koniec atrakcji i koniec przedstawienia!
 Wchodzę do kolejnej auli. Jest widniejsza niż poprzednia. Wszędzie dużo ludzi. Gęsto ale nie ścisk. Siadam na jakimś wolnym krzesełku. Czekamy... Jakiś wykład jest - był - ma być. Może ogłoszenie? Nie wiem.
 Ciągle każą nam czegoś słuchać. To obowiązkowe choć kolejność jest dowolna, można sobie wybrać wg własnego upodobania. Tak czy siak trzeba wysłuchać wszystkich prelekcji-wykładów-pogadanek. One do czegoś przygotowują?
 W auli, w której siedzę, wysoko w górze, pod sufitem są duże, bardzo duże okna. Takie jak całe piętro...
 Widzę tam... o Boże, to osoby, które cieszyły się, że zostały 'wybrane" do nowego/lepszego  świata/życia, te co cieszyły się że udało im się stąd uciec. Uciec przed zagładą.
 Wiszą wycieńczone, udręczone, półżywe przyczepione parcianymi pasami za ręce, nogi, tułów do ścian między oknami. Umierają?... Jedni wiszą a inni... coś z nimi nie tak, bardzo źle... ale nie mogę sobie odtworzyć obrazu ze snu, pewnie był zbyt straszny i świadomość zamazała możliwość przypomnienia.
 Oni nie wiszą tam bez celu - oni są... do zasilania (!). Ale dlaczego?!!! Co zasilają? Po co? Kto im to zrobił.... Czy przeżyją? Co z pozostałymi? Czy wszyscy tak skończą? Czy przetrwają?

 Patrzę na ten przerażający obraz, jest makabryczny i straszny! Ogarnia mnie nieopisane przerażenie i... bezradność. W głowie milion myśli i... odkryć! Nie mogę ich unieść, budzę się!!!

wtorek, 26 listopada 2013

Dron

23/24 marca 2013 r. (sobota/niedziela)


Jestem na wsi. Lato, ciepło.
 Znowu szukają mnie. Wiem to, czuję.
 Zachowuję się normalnie. Nie mogę się zdradzić przed domownikami. Ciekawe dlaczego? Czy żeby ich niepotrzebnie nie przestraszyć, czy też dlatego, że nikogo nie jestem w 100 % pewna?
 Nikomu tak na 100 % nie mogę zaufać... Nikomu, bo... bo nawet ojciec może nie być na prawdę moim ojcem. Wszystko jest iluzją w iluzji itd.
 Stoję na podwórzu. Widzę jak wzdłuż drogi na bardzo niskiej wysokości (max 2 m) cicho, prawie bezgłośnie leci dron. To mały, czerwony (!) helikopter. Na przodzie (od "pyska" do "ogona") ma zainstalowaną aluminiową listwę (długość ok. 1,5 m) z dwoma diodami-"oczami". Cały helikopter ma ok. 2 m długości. Jest lekki, zwrotny i bardzo cichy, jak duch...
 Patroluje domy wzdłuż szosy. Szuka, bada, skanuje.
 Czuję narastające napięcie i niezadowolenie. Szukają mnie...!
 To już kolejny raz. Niedobrze, bardzo niedobrze! Wiem, że odbierają sygnał. Sygnał jest tym słabszy im moje emocje są słabsze, dlatego tak ważny jest SPOKÓJ! Jeżeli poziom emocji będzie na poziomie zwykłego funkcjonowania innych ludzi (np. domowników, sąsiadów), to dron nie rozpozna mnie. Słaby sygnał utonie w wibracjach innych ludzi.  Sonda (dioda, promień) szuka  specyficznego rodzaju zakłóceń. Te zakłócenia różnicują mnie od pozostałych ludzi... To tylko dron i może uda mi się go oszukać, gdyby w pojeździe była żywa istota "od nich" nie miałabym szans. Żywej nie da się oszukać... ech!
 Ale i dron stanowi duże niebezpieczeństwo, gdyby w jakikolwiek sposób zareagował, gdyby zasygnalizował minimalny cień podejrzenia, wykrył choćby promil niezgodności, to NATYCHMIAST zjawi się ZAŁOGOWA sonda! Wtedy koniec! Zero -  przecinek zero - szans. "Idziemy!!!".

 Ja nie chcę by mnie odszukali. Nie chcę! Nie to, że coś mi grozi, nie - ja po prostu ... nie mam ochoty. Coś się zmieniło i... nie chcę dać im tych danych, które zawieram. Poza tym - "odzyskiwanie danych" ze mnie, to coś co jest przykre, trudne... coś czego się unika. To jak ta cholerna gastroskopia, musisz się jej poddać i wiesz, że nie zabija, a jednak chcesz tego uniknąć tak długa jak tylko się da. To podobna sytuacja. Podobna ale nie tożsama...
 Szukają mnie i wcześniej czy później znajdą. Wiem. Są coraz bliżej... Czy będą konsekwencje tego, że się wymykałam? I znowu nie takie proste dać odpowiedź - oni nie czują... My mamy deal, kontrakt, dokładną umowę. Termin i sposób jej realizacji były otwarte. Łamię kontrakt, choć nie robię tego wprost. To takie: "Nie wiedziałam że mnie szukacie, że już!", "Nie poinformowaliście mnie o...Może myślałam, że umowa nigdy nie zostanie postawiona w stan "realizacji"?". Były takie szanse, że deal nigdy nie zostanie przedstawiony do realizacji, więc teraz robię co tylko się da, żeby opóźnić to co wynika z umowy.

 Samolot przeleciał przez wieś. Wracam do domu. Niby zagrożenie minęło, ale... jestem ostrożna.

 Druga odsłona snu.

 Stoję w drzwiach, na schodach domu. Widzę go! Cholera!!!
 Dron węszy przy jabłoni tuż koło szczytu domu. Jasny gwint!
 Nie drgnęłam nawet. Łudziłam się, że zbada drzewo i skoro nic nie znajdzie odleci.

 NIE!!!

 Wisi naprzeciw mnie. Czerwone oczka listwy utkwione prosto w moją pierś świecą się niebezpiecznie długo. Jasna cholera, on coś kuma. Nie jest dobrze! JEST ŹLE!!!  Nastąpił rozbłysk emocji i sonda  rozpoznała kod. Moja reakcja jest NATYCHMIASTOWA! W tej samej sekundzie, w której kod został wykryty, udaremniłam nadanie sygnału o jego zarejestrowaniu! Jednym ruchem: szybko, mocno, celnie walnęłam pałą w ślepia listwy! Słyszę huk i listwa spada na ziemię. Helikopter odlatuje. Sam helikopter się nie liczy, to zwykła rzecz - nic z niej nie wyciągną nawet jeśli trafi do bazy. A bez listwy i to jest mocno wątpliwe. Listwa jest bardzo ważna. Została uszkodzona - rozbrojona. Teraz trzeba ją mądrze i dobrze ukryć. Trzeba schować, bo zniszczyć to się tego nie da! Nie, nie... ona nie jest ziemska, to inny materiał i inna technologia.
 Ukrywam ją na szafie pod jakąś ścierką czy skórą. Mizerny schowek, ale właśnie o to chodzi, o działania niestandardowe. Zresztą oni mają specyficzny sposób przeszukań... a jak już się zjawią to i tak będzie za późno! Ech...




niedziela, 24 lutego 2013

Interkosmos

Byłam w domu na wsi. Wieczór a właściwie noc… W domu świeciło się światło. Było sporo ludzi, rodzina… Mama, ojciec, siostra, zmarły wujek i ciotka… i jeszcze inni… Nie widzę twarzy.

Jestem z ojcem na podwórzu. Jest późna jesień, ciemno. Pod dom pojeżdża samochód (stary, zwykły, zakurzony). Wysiada Krystyna. Jest wzburzona i bardzo przestraszona. Podbiega do nas i szybko mówi:

A wy co? Co wy tu robicie???! Nic nie wiecie?!!!! Nie wiecie? Przecież cały dzień trąbią o tym wszędzie! w radiu, w telewizji, wszędzie! Boże… uciekajcie…

I wtedy już wiem o co chodzi. Widzę…

Czarne niebo wypełnia się statkiem… Jest potężny. Jest od horyzontu po horyzont. Jest zamiast nieba… Cichy, stalowy… przesuwa się bezszelestnie i wypełnia całe niebo.

Tylko westchnęłam i usłyszałam swój cichy głos: A jednak są. Oni na prawdę istnieją… Na prawdę przylecieli…

Jestem, hym… ja poczułam ulgę. Odetchnęłam. Poczułam się tak jakby wreszcie ktoś uwolnił mnie od ciężaru, zdjął odium. Nareszcie… Nie wierzyłam… że dotrzymają warunków, że przylecą. A teraz, oto SĄ. WRÓCILI. Wreszcie…

Ja nie czuję przerażenia. Czuję co innego… Zaczęło się. Klamka zapadła.

Przyszedł czas realizacji zadań, a ja jestem w tym projekcie składowym elementem.

Statek wysłał promień. To sonda-szperacz. Omiata dom, podwórko… Szuka. Wiem czego i wiem jak to identyfikuje. Rzucam się do taty i karzę mu natychmiast paść na glebę, przykryć szczelnie płaszczem. Szperacz nie może natrafić na ciepłe ciało. Jak otrze się o martwą materię jest szansa że nie zidentyfikuje życia… Leżymy w ciszy i bezruchu. Szperacz przesuwa się dalej – nic nie znalazł… Czuję ulgę. Szybko biegniemy do domu.

To nie jest tak, że oni nie wrócą; że nie namierzą… ale na chwilę zyskujemy czas.

Przybył statek matka. Z nim Armada… Będą sprzątać. Będą naprawiać zniszczenia. Ziemianie nie sprawili się i trzeba zrobić porządek. Ale to inne sprzątanie niż nam się wydaje. Nie, to nie rzeź niewiniątek, to przeprogramowywanie i eliminowanie patologicznych kodów. Przez wieki wieków następowała powolna degeneracja i kodowanie nie odtwarza się już właściwie. To przynosi złe skutki. Rozregulowaliśmy swój świat i brniemy dalej. Pycha i fałszywe kody odebrały ludzkości możliwość prawidłowego funkcjonowania. To sprzątanie to swego rodzaju leczenie. Kto nie zechce się mu poddać będzie wyeliminowany.

Ja wiem to… zwykli ludzie nie. Wiedzą to też pewne służby, które ze wszech miar chcą powstrzymać proces.

Pod dom zajeżdżają dwa wozy – czarne, opancerzone, naszpikowane elektroniką.

Są brudne od błota i kurzu. Wysypują się agenci i żołnierze ze specjalnej (tajnej) wojskowej grupy operacyjnej. To dzieje się tak błyskawicznie! W jednej chwili są właściwie wszędzie. Szukają! Ale… aparaty milczą. Nic nie lokalizują choć przecież nie wzięli się tu znikąd i musieli wychwycić sygnał… Czuję napięcie, ale zachowuję spokój. Wiem kogo/czego szukają.

Chwilę po tym jak opuszczają siedlisko, ktoś z miejscowych przywozi do mnie dwie ledwie żywe obce istoty. Tylko ja mogę im pomóc, ale jeśli mi się nie uda – umrą. Jestem zrozpaczona. Zrobię wszystko by utrzymać to życie. Zamykam oczy. Kładę ręce… Czuję jak wzrasta siła, jak energia się kumuluje, jak płynie… ale jej tak bardzo dużo potrzeba. Szeroki strumień energii, który teraz przeze mnie płynie, bardzo szybko mnie wyczerpuje. Ta energia wyniszcza, ale taka jest cena odtwarzania życia w innej umierającej istocie. Znam tę cenę i wiem, że mogę to przypłacić życiem. Nic nie jest za darmo...

Nie znam zakończenia bo tu się pamięć urywa.

sobota, 23 lutego 2013

Wojowniczka

Sen z tragicznym zakończeniem, ale wypełniony uczuciem szczęścia i spełnienia.

Rzecz dzieje się w jakimś pustynnym mieście. W średniowieczu lub na początku nowej ery. Gród otoczony jest wysokim murem. Do środka prowadzą wielkie bramy miejskie, które strażnicy zamykają o zmierzchu i otwierają o świcie. Miasto położone jest na równinie otoczonej z czterech stron wysokimi górami. To duża, sucha, piaszczysta dolina.

Jest popołudnie. Biegnę z moim ukochanym wąskimi, zatłoczonymi uliczkami. Uciekamy przed ludźmi miejscowego kacyka. Ścigają nas konno. Mój ukochany jest przywódcą rebeliantów. Stoi na czele ruchu wyzwoleńczego. Władca jest okrutny. Ludzie nie byli w stanie dłużej wytrzymać ucisku i terroru władcy, dlatego powstali przeciw tyranowi. Ten zaś postanowił krwawo rozprawić się z rebeliantami!
Ktoś nas zdradził….
Biegniemy w stronę bramy. Musimy wydostać się z miasta. Strażnicy są tuż, tuż. Mój ukochany prosi mnie żebym uciekała, żebym go zostawiła i ratowała swoje życie. Im chodzi o niego! Nie będą mnie ścigać – skupią się na schwytaniu jego. Mam szansę ukryć się, uciec z miasta i żyć gdzieś indziej… Bez niego, ale żyć!

Nie ma mowy! To nie wchodzi w rachubę! Kocham go bardziej niz cokolwiek na świecie. Nie wyobrażam sobie życia bez niego. Bez niego żyć nie chcę i nie mam po co. Nie zostawię go! Ani teraz, ani nigdy! Razem walczymy i razem zginiemy jeśli będzie trzeba. Nie cofnę się.

W ostatniej chwili dopadamy bramy. Za moment zostanie zatrzaśnięta. Biegniemy po rozgrzanym piasku w stronę gór, przed siebie, byle dalej od miasta. Czerwone słońce powoli chyli się ku wzgórzom. Dech urywa się w piersiach, ale nie zwalniamy tempa ani na chwilę. W oddali słychać tentent końskich kopyt – to pościg!

I nagle zdajemy sobie sprawę, że znaleźliśmy się w pułapce, w sytuacji bez wyjścia – za plecami mamy ścigających nas strażników, a przed sobą pionowo opadającą skałę. Stoimy na skraju głębokiego urwiska. Ucieczka skończona.
Nagle ogarnia mnie nieopisany spokój i błogość. Mój ukochany błaga mnie bym go tu pozostawiła, bym uciekała, bym ratowała swoje życie, a ja czuję to przepełniające mnie, nieopisane szczęście. Kocham go. I tak już pozostanie. Za chwilę zginę tu razem z nim. Opuszczę świat w jego objęciach. Jestem spełniona i szczęśliwa. To było cudowne życie, bo go spotkałam. To jest cudowna śmierć, bo odchodzę z nim – z jego miłością, troską, obecnością….
Pościg jest coraz bliżej. Siedzimy objęci na skalnym urwisku wpatrując się w zachodzące za góry słońce. Jest ciepło, błogo, pastelowo. Przytualamy się…. Świst miecza, rżenie koni… To tylko chwila. Byliśmy razem… do końca.

Mój ukochany był  dobry, szlachetny, waleczny, i piękny. Średniowieczny arabski rycerz.
Dziaj już nie ma (chyba ?) takich mężczyzn….

Unicestwienie



To były bardzo, bardzo dawne czasy. Byłam szczupłym, młodym człowiekiem. Uciekałam przed drapieżnymi dinozaurami. Nie były duże. Były wielkości psa. Polowały w stadzie. Miały bardzo dobry węch, dobry wzrok, potrafiły szybko biegać. Były niezwykle zwinne. To świetni myśliwi wyposażeni w doskonałą broń - inteligencję, i ostre jak brzytwa zęby.

Bardzo się bałam/bałem (nie wiem jakiej byłam płci). Zdawałam sobie sprawę, że nie mam szans w tej potyczce. Nie miałam gdzie uciec, ani gdzie sie ukryć przed stadem. Teren był pustynny. Czerwone, wypalone słońcem skały. Gdzie niegdzie miniaturowe oczka wodne (właściwie dołki), ale nie były wypełnione wodą, tylko parującym kwasem. Jakąś silnie żrącą, mazistą substancją. Trzeba było bardzo uważać by nie wdepnąć w taką kałużę. Chwila nieuwagi groziła śmiercią wskutek nieodwracalnych poparzeń kwasem i zawartą w nim trucizną.

Uciekałem przed stadem. Ubrany byłem w strzęp skóry z jakiegoś zwierzęcia. W ręku ściskałem drewnianą dzidę. Chyba nie była uzbrojona w żaden grot. Ot, zwykły zaostrzony kij. Stado zagnało mnie pod skalne urwisko, pionową wysoką i długą skałę. Przeczuwałem swój nieuchronny koniec. Ukryłem się za wielkim głazem. Stado zatrzymało się. Mali, bezwzględni mordercy... Zamarli w bezruchu i powoli badali wzrokiem i węchem otoczenie. Zaciągali do płuc powietrze i filtrowali kierunek pochodzenia zapachu... Szukali mnie, szukali zwierzyny. Czułem jak serce mi pęka z przerażenia. Zacząłem się pocić. To przeważyło szalę. Drapieżniki ruszyły w dzikim pędzie w moim kierunku. Już tylko myślałem o jednym. Umrzeć od pierwszego ciosu. "Zjedzą mnie żywcem!". Dopadły mnie... Wyrywały kawały mięsa, rozszarpywały, łamały kości. Czułem to... czułem.... dobrą chwilę... zanim (...).

A potem tylko ciemność. I wreście się obudziłam.
Długo jeszcze czułam rwący ból ukąszeń, walenie serca, potworny śmiertelny strach.
Zjadły mnie żywcem.

Korsarz

Sen odnosi się do dawnych czasów, czasów odkrywania nowych lądów i podbijania nowych światów.

Byłam piratem. Korsarzem, w czasach wojny secesyjnej w Ameryce.

Zostaliśmy pojmani przez wojskowych. Żołnierze mieli mundury w czerwonym kolorze, a właściwie marynarki, bo spodnie były w ciemne…. Broń…to chyba karabiny. Sztucery na dwa naboje?

Byliśmy w drewnianym forcie. Szykowano egzekucję.

Stałem(łam?) pod wysokim ogrodzeniem z drewnianych, zaostrzonych pali. Obok, w szeregu, kamraci z łajby…. Naprzeciw nas – pluton egzekucyjny.

Padła salwa…. Upadłem. Ogromny ból przeszywał mi płuco. Oddech stał się koszmarem.
Kolejny wystrzał - tym razem kula przeszła przez udo.

Równa linia żołnierskich karabinów załamała się i strzelcy ruszyli w naszym kierunku. Nie wiedziałem kto jeszcze żył, a kto zginął. Resztką gasnącej świadomości postanowiłem zrobić wszystko by  przekonać ich,  że byli skuteczni… że uszło ze mnie plugawe życie. Nim do mnie doszli straciłem przytomność.

Obudziłem się w skrzyni.
To byli zawodowcy… po raz kolejny sprawdzali czy aby ktoś jeszcze nie żyje? Unieśli wieko…. Uważnie obserwowali czy oddycham. Wstrzymywany oddech rozrywał mi wnętrzności. Mięśnie paliły z braku tlenu. Chyba uwierzyli, ale dowódca dla pewności kazał strzelić raz jeszcze do „trupa”. Przestrzelili mi bark. Wieko opadło. Ból odebrał mi przytomność.

Przecknąłem się na statku. Byliśmy na pełnym morzu. Było pochmurno i zimno. Żołnierze odbijali wieka skrzyń i wyrzucali zwłoki do wody… Nie powinni tego robić, ale uważali, że szkoda nawet obskórnych trumien, na takie ścierwo jak piraci. Oszczędzali na pochówku. Gardzili naszymi trupami. Śmieli się… Przeznaczyli nas na żer dla rekinów. To nie było legalne, ale żołnierze na ten proceder mieli milczące przyzwolenie dowódców fortu. Czym różnili się od nas, przeklętych piratów?

Wpadłem do lodowatej wody. Wokół kłębiły się rekiny. Pełno było porozszarpywanych szczątków. Zimny skurcz przeszył mi ciało. To mnie otrzeźwiło. Musiałem zrobić wszystko by się stamtąd wydostać! Pyłynąć! Byle dalej! Płynąć… „Boże dopomóż…!!!”.
W końcu woda uspokoiła się. Odpoczywałem leżąc na plecach. Szybko traciłem siły. Zauważyłem, że statek z żołnierzami zniknął. Oprócz mnie na wodzie dostrzegłem jeszcze dwóch, trzech piratów. Podobnie jak ja pozostali przy życiu. Byli w lepszej kondycji. Szybko oddalali się ode mnie. Za wszelką cenę postanowiłem za nimi płynąć! Świadomość pojawiała się i znikała. Ciało sztywniało z zimna, wyczerpania i bólu. Niewielkie miałem szanse, by dopłynąć do jakiegoś skrawka lądu. A jednak nie poddawałem się…!

Wreszcie na horyzoncie pojawiła się linia brzegowa. Nie wiem – stały ląd czy wyspa? Sił było coraz mniej… Czy dam radę? Czy przyjdzie mi zginąć w chwili, gdy pojawiła się mglista nadzieja? Byłem piratem… to trudna profesja. Wymaga uporu, bezwzględności, determinacji. Dotrę!

Kolejna przeszkoda – rafa koralowa. Tuż przed wąskim skrawkiem plaży… płytka, szeroka, gęsta rafa…. Już nie dało się płynąć. Trzeba było się czołgać… Wyłem z bólu, ale to ten ból trzymał mnie ciągle przy życiu. Nie dałem rady wstać. Przestrzelony bark, płuco, noga… a teraz ostra rafa. Cieła me ciało jak brzytwa. Słona woda potęgowała ból. Nie wiem ile to trwało…. Obudziłem się na piaszczystej plaży. Było widno i ciepło. Byłem sam. Piraci, którzy przypłynęli przede mną, gdzieś zniknęli. Postanowiłem jeszcze tu zostać. Odpocząć. Zabliźnić rany. Tak bardzo chciało mi się pić. Byłem zmęczony. Śmiertelnie zmęczony. Miałem dość piractwa i stylu życia, którego wcale nie chciałem, ale realia tamtych czasów mnie do niego zmusiły. Mogłem być piratem albo nikim.

Nie podnosząc głowy z piasku rozejrzałem się wokoło. Blisko wody, pionowo w górę wznosił się brzeg. Szara gleba klifu obnażona przez sztormowe fale… Wysoko na skraju urwiska rosły gęste drzewa. W pewnym miejscu, gdzie brzeg opadał mniej stromo, dało się zauważyć ścieżkę między drzewami… „Więc są tu ludzie…” przemknęło mi przez głowę. Wbrew pozorom, nie była to  dobra wiadomość. Osadnicy nie byli przyjaźnie nastawieni do takich przybyszy jak ja, jak my…. Nie mogłem zostać na plaży. Jak mam się jednak stąd ruszyć? Byłem taki zmęczony i zbolały. Nie chciałem już dłużej tak żyć. Nie chciałem zabijać. Gdybyż tylko pozwolili mi zostać wsród nich… tak po prostu… Byłbym dobrym, uczciwym, pracowitym wieśniakiem. Prowadziłbym ciężkie, ale godne życie. Odpokutowałbym wszystko po stokroć! Broniłbym przed napadem… Gdyby tylko pozwolili mi… Zaufali. Już nie dam rady dłużej tak żyć, nie chcę być piratem…

I wtedy zobaczyłem ich jak ku mnie szli… Uzbrojeni w kije, kosy, widły… Szarzy, prości, spracowani. I tak bardzo przestraszeni! „Nie róbcie tego! Nie chcę się z wami bić… Już nie…” tłukło się w mojej głowie. Wiedziałem, że nie pozwolą mi żyć. W niewielkiej odległości ode mnie zatrzymali się. Zbierali odwagę by do mnie podejść, by pochwycić mnie. Mimo swego żałosnego stanu wzbudzałem w nich przerażenie. Nie chciałem walczyć… a jednak wiedziałem, że to nieuniknione.

Następne co pamiętam, to jak stoję na ubitej ziemi po środku wsi. W zdrowej ręce trzymam szablę. Plecami do mnie, w okręgu stoją inni pojmani korsarze. Są jak ja uzbrojeni. Wokół nas zwarty, szary mur wieśniaków. Zdeterminowanych strachem, zaślepionych lękiem, wyposażonych w kije, kosy, siekiery, widły… Żałosna armia osadników. Zbieranina nic nie wiedząca o walce! „Boże! Przecież nie chcę ich zabijać!!!! Już nie chcę więcej bitw, trupów, wojen! Dlaczego? Dlaczego znów muszę….?!”. Jestem zawodowcem, mistrzem w swojej sztuce. Zanim mnie dopadną wielu z nich uśmiercę! Muszę! Nie sprzedam darmo skóry…. ale wiem, że jestem na straconej pozycji. Nas jest pięciu. Ich dziesiątki. Mają znaczną przewagę liczebną. Nasze szanse są zerowe. A jednak… jednak będę się bronić. I choć jestem słaby, ranny i chory, to wielu z nich dziś zginie i dozna ran z mojej ręki. Jestem zawodowcem… znam się na zabijaniu…. to mój fach… Jakie to smutne.

I ostatnia odsłona. Już nie żyję. Jestem… duchem? Trochę zdezorientowany stoję i patrzę na miejsce pochówku zmarłych osadników. Ono jest na skarpie w lesie. Grzebią zmarłych w pionowej ziemnej półce. Zwłoki zawijają w szmaty, nie stać ich na robienie trumien. Jest tam sporo starych zmurszałych zwłok….

Stoję i patrzę. Mam swój dawny wygląd. Jestem wysokim, dobrze zbudowanym mężczyzną. Mam około 35 lat. Ciemne falujące włosy sięgają mi do ramion. Jestem muskularny, sprężysty i opalony. Ubrany w poszarpaną białą koszulę z bufiastymi, marszczonymi u ramion rękawami. Spodnie na szelki, do kolan, typu „bryczesy”. Nie wiem jak je dokładniej opisać. Na nogach mam zszargane trzewiki i długie, znikające w nogawkach spodni wełniane skarpety.

Gdy tak patrzę, nagle z jednej z półek powoli materializuje się duch… To stara kobieta. Jest taka pogodna. Doczekała się wreszcie uwolnienia i możliwości przejścia „na drugą stronę”. Lśni. Jest cała z bieli… jak z gęstej, bardzo gęstej mgły. Ma długie, białe, wystrzępione włosy; ubrana jest w luźną koszulę do ziemi… a twarz ma tak przejmująco spokojną, dobrą, świetlistą… Gdy przechodzi koło mnie zatrzymuje się na chwilę i mówi jedno jedyne zdanie: „Nie przejmuj się… nie ważne czy dusza zła czy dobra….”. W szarej półce z ziemi robi się owalne okno. Bije z niego światło i balsk. Widzę równoległy świat. Słoneczny, dobry, ciepły. Czuję płynące z tym światłem nieopisane szczęście i błogość. Kobieta uśmiecha się do mnie i znika w tym oknie. Wskakuje w nie z radością, a ono się zamyka. Wszystko znika, a ja się budzę.


Dziwny sen….

piątek, 22 lutego 2013

Matka Boska

Widzę dwa obrazy Matki Boskiej. Jeden to wizerunek Matki Boskiej Częstochowskiej, drugi Niepokalane Serce Najświętszej Marii Panny. Widzę je dlatego, że stanowią wizualne objaśnienie dla "słyszanego" gdzieś w głębi serca i umysłu przekazu: "Za bardzo postrzegacie mnie jako Królową, a za mało jako Matkę. A ja jestem Matką (!), potem - królową; jestem Królową, która jest matką. Królowa dla swoich dzieci... to przede wszystkim kochająca, dobra, troskliwa matka. Za wiele widzicie we mnie władzy, za mało miłości. Pamiętaj... jestem twoją mamą... Przytul się do mnie, przytul po prostu."

Wtedy te dwa wizerunki Matki Boskiej (Matka Boska Częstochowska - królowa Polski i Najświętsze Serce Maryii Panny - matczyna miłość) połączyły się w jeden obraz, w jeden wizerunek, w całość. I wtedy zrozumiałam, że nie wolno tej jedności dzielić. To Matka-Królowa. Jest królową, potężną władczynią i jest jednocześnie kochającą, troskliwą, ciepłą, czułą, wyrozumiałą matką. Ta Wielka Królowa jest twoją dobrą, mądrą i łagodną Matką - zawsze przy tobie, zawsze po twojej stronie. Jak matka, która za swoje dziecko jest gotowa do najwiekszych poświęceń.

To twoja Matka i Królowa Świata.