Byłam w domu na wsi. Wieczór a właściwie noc… W domu świeciło się światło. Było sporo ludzi, rodzina… Mama, ojciec, siostra, zmarły wujek i ciotka… i jeszcze inni… Nie widzę twarzy.
Jestem z ojcem na podwórzu. Jest późna jesień, ciemno. Pod dom pojeżdża samochód (stary, zwykły, zakurzony). Wysiada Krystyna. Jest wzburzona i bardzo przestraszona. Podbiega do nas i szybko mówi:
A wy co? Co wy tu robicie???! Nic nie wiecie?!!!! Nie wiecie? Przecież cały dzień trąbią o tym wszędzie! w radiu, w telewizji, wszędzie! Boże… uciekajcie…
I wtedy już wiem o co chodzi. Widzę…
Czarne niebo wypełnia się statkiem… Jest potężny. Jest od horyzontu po horyzont. Jest zamiast nieba… Cichy, stalowy… przesuwa się bezszelestnie i wypełnia całe niebo.
Tylko westchnęłam i usłyszałam swój cichy głos: A jednak są. Oni na prawdę istnieją… Na prawdę przylecieli…
Jestem, hym… ja poczułam ulgę. Odetchnęłam. Poczułam się tak jakby wreszcie ktoś uwolnił mnie od ciężaru, zdjął odium. Nareszcie… Nie wierzyłam… że dotrzymają warunków, że przylecą. A teraz, oto SĄ. WRÓCILI. Wreszcie…
Ja nie czuję przerażenia. Czuję co innego… Zaczęło się. Klamka zapadła.
Przyszedł czas realizacji zadań, a ja jestem w tym projekcie składowym elementem.
Statek wysłał promień. To sonda-szperacz. Omiata dom, podwórko… Szuka. Wiem czego i wiem jak to identyfikuje. Rzucam się do taty i karzę mu natychmiast paść na glebę, przykryć szczelnie płaszczem. Szperacz nie może natrafić na ciepłe ciało. Jak otrze się o martwą materię jest szansa że nie zidentyfikuje życia… Leżymy w ciszy i bezruchu. Szperacz przesuwa się dalej – nic nie znalazł… Czuję ulgę. Szybko biegniemy do domu.
To nie jest tak, że oni nie wrócą; że nie namierzą… ale na chwilę zyskujemy czas.
Przybył statek matka. Z nim Armada… Będą sprzątać. Będą naprawiać zniszczenia. Ziemianie nie sprawili się i trzeba zrobić porządek. Ale to inne sprzątanie niż nam się wydaje. Nie, to nie rzeź niewiniątek, to przeprogramowywanie i eliminowanie patologicznych kodów. Przez wieki wieków następowała powolna degeneracja i kodowanie nie odtwarza się już właściwie. To przynosi złe skutki. Rozregulowaliśmy swój świat i brniemy dalej. Pycha i fałszywe kody odebrały ludzkości możliwość prawidłowego funkcjonowania. To sprzątanie to swego rodzaju leczenie. Kto nie zechce się mu poddać będzie wyeliminowany.
Ja wiem to… zwykli ludzie nie. Wiedzą to też pewne służby, które ze wszech miar chcą powstrzymać proces.
Pod dom zajeżdżają dwa wozy – czarne, opancerzone, naszpikowane elektroniką.
Są brudne od błota i kurzu. Wysypują się agenci i żołnierze ze specjalnej (tajnej) wojskowej grupy operacyjnej. To dzieje się tak błyskawicznie! W jednej chwili są właściwie wszędzie. Szukają! Ale… aparaty milczą. Nic nie lokalizują choć przecież nie wzięli się tu znikąd i musieli wychwycić sygnał… Czuję napięcie, ale zachowuję spokój. Wiem kogo/czego szukają.
Chwilę po tym jak opuszczają siedlisko, ktoś z miejscowych przywozi do mnie dwie ledwie żywe obce istoty. Tylko ja mogę im pomóc, ale jeśli mi się nie uda – umrą. Jestem zrozpaczona. Zrobię wszystko by utrzymać to życie. Zamykam oczy. Kładę ręce… Czuję jak wzrasta siła, jak energia się kumuluje, jak płynie… ale jej tak bardzo dużo potrzeba. Szeroki strumień energii, który teraz przeze mnie płynie, bardzo szybko mnie wyczerpuje. Ta energia wyniszcza, ale taka jest cena odtwarzania życia w innej umierającej istocie. Znam tę cenę i wiem, że mogę to przypłacić życiem. Nic nie jest za darmo...
Nie znam zakończenia bo tu się pamięć urywa.
niedziela, 24 lutego 2013
sobota, 23 lutego 2013
Wojowniczka
Sen z tragicznym zakończeniem, ale wypełniony uczuciem szczęścia i spełnienia.
Rzecz dzieje się w jakimś pustynnym mieście. W średniowieczu lub na początku nowej ery. Gród otoczony jest wysokim murem. Do środka prowadzą wielkie bramy miejskie, które strażnicy zamykają o zmierzchu i otwierają o świcie. Miasto położone jest na równinie otoczonej z czterech stron wysokimi górami. To duża, sucha, piaszczysta dolina.
Jest popołudnie. Biegnę z moim ukochanym wąskimi, zatłoczonymi uliczkami. Uciekamy przed ludźmi miejscowego kacyka. Ścigają nas konno. Mój ukochany jest przywódcą rebeliantów. Stoi na czele ruchu wyzwoleńczego. Władca jest okrutny. Ludzie nie byli w stanie dłużej wytrzymać ucisku i terroru władcy, dlatego powstali przeciw tyranowi. Ten zaś postanowił krwawo rozprawić się z rebeliantami!
Ktoś nas zdradził….
Biegniemy w stronę bramy. Musimy wydostać się z miasta. Strażnicy są tuż, tuż. Mój ukochany prosi mnie żebym uciekała, żebym go zostawiła i ratowała swoje życie. Im chodzi o niego! Nie będą mnie ścigać – skupią się na schwytaniu jego. Mam szansę ukryć się, uciec z miasta i żyć gdzieś indziej… Bez niego, ale żyć!
Nie ma mowy! To nie wchodzi w rachubę! Kocham go bardziej niz cokolwiek na świecie. Nie wyobrażam sobie życia bez niego. Bez niego żyć nie chcę i nie mam po co. Nie zostawię go! Ani teraz, ani nigdy! Razem walczymy i razem zginiemy jeśli będzie trzeba. Nie cofnę się.
W ostatniej chwili dopadamy bramy. Za moment zostanie zatrzaśnięta. Biegniemy po rozgrzanym piasku w stronę gór, przed siebie, byle dalej od miasta. Czerwone słońce powoli chyli się ku wzgórzom. Dech urywa się w piersiach, ale nie zwalniamy tempa ani na chwilę. W oddali słychać tentent końskich kopyt – to pościg!
I nagle zdajemy sobie sprawę, że znaleźliśmy się w pułapce, w sytuacji bez wyjścia – za plecami mamy ścigających nas strażników, a przed sobą pionowo opadającą skałę. Stoimy na skraju głębokiego urwiska. Ucieczka skończona.
Nagle ogarnia mnie nieopisany spokój i błogość. Mój ukochany błaga mnie bym go tu pozostawiła, bym uciekała, bym ratowała swoje życie, a ja czuję to przepełniające mnie, nieopisane szczęście. Kocham go. I tak już pozostanie. Za chwilę zginę tu razem z nim. Opuszczę świat w jego objęciach. Jestem spełniona i szczęśliwa. To było cudowne życie, bo go spotkałam. To jest cudowna śmierć, bo odchodzę z nim – z jego miłością, troską, obecnością….
Pościg jest coraz bliżej. Siedzimy objęci na skalnym urwisku wpatrując się w zachodzące za góry słońce. Jest ciepło, błogo, pastelowo. Przytualamy się…. Świst miecza, rżenie koni… To tylko chwila. Byliśmy razem… do końca.
Mój ukochany był dobry, szlachetny, waleczny, i piękny. Średniowieczny arabski rycerz.
Dziaj już nie ma (chyba ?) takich mężczyzn….
Rzecz dzieje się w jakimś pustynnym mieście. W średniowieczu lub na początku nowej ery. Gród otoczony jest wysokim murem. Do środka prowadzą wielkie bramy miejskie, które strażnicy zamykają o zmierzchu i otwierają o świcie. Miasto położone jest na równinie otoczonej z czterech stron wysokimi górami. To duża, sucha, piaszczysta dolina.
Jest popołudnie. Biegnę z moim ukochanym wąskimi, zatłoczonymi uliczkami. Uciekamy przed ludźmi miejscowego kacyka. Ścigają nas konno. Mój ukochany jest przywódcą rebeliantów. Stoi na czele ruchu wyzwoleńczego. Władca jest okrutny. Ludzie nie byli w stanie dłużej wytrzymać ucisku i terroru władcy, dlatego powstali przeciw tyranowi. Ten zaś postanowił krwawo rozprawić się z rebeliantami!
Ktoś nas zdradził….
Biegniemy w stronę bramy. Musimy wydostać się z miasta. Strażnicy są tuż, tuż. Mój ukochany prosi mnie żebym uciekała, żebym go zostawiła i ratowała swoje życie. Im chodzi o niego! Nie będą mnie ścigać – skupią się na schwytaniu jego. Mam szansę ukryć się, uciec z miasta i żyć gdzieś indziej… Bez niego, ale żyć!
Nie ma mowy! To nie wchodzi w rachubę! Kocham go bardziej niz cokolwiek na świecie. Nie wyobrażam sobie życia bez niego. Bez niego żyć nie chcę i nie mam po co. Nie zostawię go! Ani teraz, ani nigdy! Razem walczymy i razem zginiemy jeśli będzie trzeba. Nie cofnę się.
W ostatniej chwili dopadamy bramy. Za moment zostanie zatrzaśnięta. Biegniemy po rozgrzanym piasku w stronę gór, przed siebie, byle dalej od miasta. Czerwone słońce powoli chyli się ku wzgórzom. Dech urywa się w piersiach, ale nie zwalniamy tempa ani na chwilę. W oddali słychać tentent końskich kopyt – to pościg!
I nagle zdajemy sobie sprawę, że znaleźliśmy się w pułapce, w sytuacji bez wyjścia – za plecami mamy ścigających nas strażników, a przed sobą pionowo opadającą skałę. Stoimy na skraju głębokiego urwiska. Ucieczka skończona.
Nagle ogarnia mnie nieopisany spokój i błogość. Mój ukochany błaga mnie bym go tu pozostawiła, bym uciekała, bym ratowała swoje życie, a ja czuję to przepełniające mnie, nieopisane szczęście. Kocham go. I tak już pozostanie. Za chwilę zginę tu razem z nim. Opuszczę świat w jego objęciach. Jestem spełniona i szczęśliwa. To było cudowne życie, bo go spotkałam. To jest cudowna śmierć, bo odchodzę z nim – z jego miłością, troską, obecnością….
Pościg jest coraz bliżej. Siedzimy objęci na skalnym urwisku wpatrując się w zachodzące za góry słońce. Jest ciepło, błogo, pastelowo. Przytualamy się…. Świst miecza, rżenie koni… To tylko chwila. Byliśmy razem… do końca.
Mój ukochany był dobry, szlachetny, waleczny, i piękny. Średniowieczny arabski rycerz.
Dziaj już nie ma (chyba ?) takich mężczyzn….
Unicestwienie
To były bardzo, bardzo dawne czasy. Byłam szczupłym, młodym człowiekiem. Uciekałam przed drapieżnymi dinozaurami. Nie były duże. Były wielkości psa. Polowały w stadzie. Miały bardzo dobry węch, dobry wzrok, potrafiły szybko biegać. Były niezwykle zwinne. To świetni myśliwi wyposażeni w doskonałą broń - inteligencję, i ostre jak brzytwa zęby.
Bardzo się bałam/bałem (nie wiem jakiej byłam płci). Zdawałam sobie sprawę, że nie mam szans w tej potyczce. Nie miałam gdzie uciec, ani gdzie sie ukryć przed stadem. Teren był pustynny. Czerwone, wypalone słońcem skały. Gdzie niegdzie miniaturowe oczka wodne (właściwie dołki), ale nie były wypełnione wodą, tylko parującym kwasem. Jakąś silnie żrącą, mazistą substancją. Trzeba było bardzo uważać by nie wdepnąć w taką kałużę. Chwila nieuwagi groziła śmiercią wskutek nieodwracalnych poparzeń kwasem i zawartą w nim trucizną.
Uciekałem przed stadem. Ubrany byłem w strzęp skóry z jakiegoś zwierzęcia. W ręku ściskałem drewnianą dzidę. Chyba nie była uzbrojona w żaden grot. Ot, zwykły zaostrzony kij. Stado zagnało mnie pod skalne urwisko, pionową wysoką i długą skałę. Przeczuwałem swój nieuchronny koniec. Ukryłem się za wielkim głazem. Stado zatrzymało się. Mali, bezwzględni mordercy... Zamarli w bezruchu i powoli badali wzrokiem i węchem otoczenie. Zaciągali do płuc powietrze i filtrowali kierunek pochodzenia zapachu... Szukali mnie, szukali zwierzyny. Czułem jak serce mi pęka z przerażenia. Zacząłem się pocić. To przeważyło szalę. Drapieżniki ruszyły w dzikim pędzie w moim kierunku. Już tylko myślałem o jednym. Umrzeć od pierwszego ciosu. "Zjedzą mnie żywcem!". Dopadły mnie... Wyrywały kawały mięsa, rozszarpywały, łamały kości. Czułem to... czułem.... dobrą chwilę... zanim (...).
A potem tylko ciemność. I wreście się obudziłam.
Długo jeszcze czułam rwący ból ukąszeń, walenie serca, potworny śmiertelny strach.
Zjadły mnie żywcem.
Korsarz
Sen odnosi się do dawnych czasów, czasów odkrywania nowych lądów i podbijania nowych światów.
Byłam piratem. Korsarzem, w czasach wojny secesyjnej w Ameryce.
Zostaliśmy pojmani przez wojskowych. Żołnierze mieli mundury w czerwonym kolorze, a właściwie marynarki, bo spodnie były w ciemne…. Broń…to chyba karabiny. Sztucery na dwa naboje?
Byliśmy w drewnianym forcie. Szykowano egzekucję.
Stałem(łam?) pod wysokim ogrodzeniem z drewnianych, zaostrzonych pali. Obok, w szeregu, kamraci z łajby…. Naprzeciw nas – pluton egzekucyjny.
Padła salwa…. Upadłem. Ogromny ból przeszywał mi płuco. Oddech stał się koszmarem.
Kolejny wystrzał - tym razem kula przeszła przez udo.
Równa linia żołnierskich karabinów załamała się i strzelcy ruszyli w naszym kierunku. Nie wiedziałem kto jeszcze żył, a kto zginął. Resztką gasnącej świadomości postanowiłem zrobić wszystko by przekonać ich, że byli skuteczni… że uszło ze mnie plugawe życie. Nim do mnie doszli straciłem przytomność.
Obudziłem się w skrzyni.
To byli zawodowcy… po raz kolejny sprawdzali czy aby ktoś jeszcze nie żyje? Unieśli wieko…. Uważnie obserwowali czy oddycham. Wstrzymywany oddech rozrywał mi wnętrzności. Mięśnie paliły z braku tlenu. Chyba uwierzyli, ale dowódca dla pewności kazał strzelić raz jeszcze do „trupa”. Przestrzelili mi bark. Wieko opadło. Ból odebrał mi przytomność.
Przecknąłem się na statku. Byliśmy na pełnym morzu. Było pochmurno i zimno. Żołnierze odbijali wieka skrzyń i wyrzucali zwłoki do wody… Nie powinni tego robić, ale uważali, że szkoda nawet obskórnych trumien, na takie ścierwo jak piraci. Oszczędzali na pochówku. Gardzili naszymi trupami. Śmieli się… Przeznaczyli nas na żer dla rekinów. To nie było legalne, ale żołnierze na ten proceder mieli milczące przyzwolenie dowódców fortu. Czym różnili się od nas, przeklętych piratów?
Wpadłem do lodowatej wody. Wokół kłębiły się rekiny. Pełno było porozszarpywanych szczątków. Zimny skurcz przeszył mi ciało. To mnie otrzeźwiło. Musiałem zrobić wszystko by się stamtąd wydostać! Pyłynąć! Byle dalej! Płynąć… „Boże dopomóż…!!!”.
W końcu woda uspokoiła się. Odpoczywałem leżąc na plecach. Szybko traciłem siły. Zauważyłem, że statek z żołnierzami zniknął. Oprócz mnie na wodzie dostrzegłem jeszcze dwóch, trzech piratów. Podobnie jak ja pozostali przy życiu. Byli w lepszej kondycji. Szybko oddalali się ode mnie. Za wszelką cenę postanowiłem za nimi płynąć! Świadomość pojawiała się i znikała. Ciało sztywniało z zimna, wyczerpania i bólu. Niewielkie miałem szanse, by dopłynąć do jakiegoś skrawka lądu. A jednak nie poddawałem się…!
Wreszcie na horyzoncie pojawiła się linia brzegowa. Nie wiem – stały ląd czy wyspa? Sił było coraz mniej… Czy dam radę? Czy przyjdzie mi zginąć w chwili, gdy pojawiła się mglista nadzieja? Byłem piratem… to trudna profesja. Wymaga uporu, bezwzględności, determinacji. Dotrę!
Kolejna przeszkoda – rafa koralowa. Tuż przed wąskim skrawkiem plaży… płytka, szeroka, gęsta rafa…. Już nie dało się płynąć. Trzeba było się czołgać… Wyłem z bólu, ale to ten ból trzymał mnie ciągle przy życiu. Nie dałem rady wstać. Przestrzelony bark, płuco, noga… a teraz ostra rafa. Cieła me ciało jak brzytwa. Słona woda potęgowała ból. Nie wiem ile to trwało…. Obudziłem się na piaszczystej plaży. Było widno i ciepło. Byłem sam. Piraci, którzy przypłynęli przede mną, gdzieś zniknęli. Postanowiłem jeszcze tu zostać. Odpocząć. Zabliźnić rany. Tak bardzo chciało mi się pić. Byłem zmęczony. Śmiertelnie zmęczony. Miałem dość piractwa i stylu życia, którego wcale nie chciałem, ale realia tamtych czasów mnie do niego zmusiły. Mogłem być piratem albo nikim.
Nie podnosząc głowy z piasku rozejrzałem się wokoło. Blisko wody, pionowo w górę wznosił się brzeg. Szara gleba klifu obnażona przez sztormowe fale… Wysoko na skraju urwiska rosły gęste drzewa. W pewnym miejscu, gdzie brzeg opadał mniej stromo, dało się zauważyć ścieżkę między drzewami… „Więc są tu ludzie…” przemknęło mi przez głowę. Wbrew pozorom, nie była to dobra wiadomość. Osadnicy nie byli przyjaźnie nastawieni do takich przybyszy jak ja, jak my…. Nie mogłem zostać na plaży. Jak mam się jednak stąd ruszyć? Byłem taki zmęczony i zbolały. Nie chciałem już dłużej tak żyć. Nie chciałem zabijać. Gdybyż tylko pozwolili mi zostać wsród nich… tak po prostu… Byłbym dobrym, uczciwym, pracowitym wieśniakiem. Prowadziłbym ciężkie, ale godne życie. Odpokutowałbym wszystko po stokroć! Broniłbym przed napadem… Gdyby tylko pozwolili mi… Zaufali. Już nie dam rady dłużej tak żyć, nie chcę być piratem…
I wtedy zobaczyłem ich jak ku mnie szli… Uzbrojeni w kije, kosy, widły… Szarzy, prości, spracowani. I tak bardzo przestraszeni! „Nie róbcie tego! Nie chcę się z wami bić… Już nie…” tłukło się w mojej głowie. Wiedziałem, że nie pozwolą mi żyć. W niewielkiej odległości ode mnie zatrzymali się. Zbierali odwagę by do mnie podejść, by pochwycić mnie. Mimo swego żałosnego stanu wzbudzałem w nich przerażenie. Nie chciałem walczyć… a jednak wiedziałem, że to nieuniknione.
Następne co pamiętam, to jak stoję na ubitej ziemi po środku wsi. W zdrowej ręce trzymam szablę. Plecami do mnie, w okręgu stoją inni pojmani korsarze. Są jak ja uzbrojeni. Wokół nas zwarty, szary mur wieśniaków. Zdeterminowanych strachem, zaślepionych lękiem, wyposażonych w kije, kosy, siekiery, widły… Żałosna armia osadników. Zbieranina nic nie wiedząca o walce! „Boże! Przecież nie chcę ich zabijać!!!! Już nie chcę więcej bitw, trupów, wojen! Dlaczego? Dlaczego znów muszę….?!”. Jestem zawodowcem, mistrzem w swojej sztuce. Zanim mnie dopadną wielu z nich uśmiercę! Muszę! Nie sprzedam darmo skóry…. ale wiem, że jestem na straconej pozycji. Nas jest pięciu. Ich dziesiątki. Mają znaczną przewagę liczebną. Nasze szanse są zerowe. A jednak… jednak będę się bronić. I choć jestem słaby, ranny i chory, to wielu z nich dziś zginie i dozna ran z mojej ręki. Jestem zawodowcem… znam się na zabijaniu…. to mój fach… Jakie to smutne.
I ostatnia odsłona. Już nie żyję. Jestem… duchem? Trochę zdezorientowany stoję i patrzę na miejsce pochówku zmarłych osadników. Ono jest na skarpie w lesie. Grzebią zmarłych w pionowej ziemnej półce. Zwłoki zawijają w szmaty, nie stać ich na robienie trumien. Jest tam sporo starych zmurszałych zwłok….
Stoję i patrzę. Mam swój dawny wygląd. Jestem wysokim, dobrze zbudowanym mężczyzną. Mam około 35 lat. Ciemne falujące włosy sięgają mi do ramion. Jestem muskularny, sprężysty i opalony. Ubrany w poszarpaną białą koszulę z bufiastymi, marszczonymi u ramion rękawami. Spodnie na szelki, do kolan, typu „bryczesy”. Nie wiem jak je dokładniej opisać. Na nogach mam zszargane trzewiki i długie, znikające w nogawkach spodni wełniane skarpety.
Gdy tak patrzę, nagle z jednej z półek powoli materializuje się duch… To stara kobieta. Jest taka pogodna. Doczekała się wreszcie uwolnienia i możliwości przejścia „na drugą stronę”. Lśni. Jest cała z bieli… jak z gęstej, bardzo gęstej mgły. Ma długie, białe, wystrzępione włosy; ubrana jest w luźną koszulę do ziemi… a twarz ma tak przejmująco spokojną, dobrą, świetlistą… Gdy przechodzi koło mnie zatrzymuje się na chwilę i mówi jedno jedyne zdanie: „Nie przejmuj się… nie ważne czy dusza zła czy dobra….”. W szarej półce z ziemi robi się owalne okno. Bije z niego światło i balsk. Widzę równoległy świat. Słoneczny, dobry, ciepły. Czuję płynące z tym światłem nieopisane szczęście i błogość. Kobieta uśmiecha się do mnie i znika w tym oknie. Wskakuje w nie z radością, a ono się zamyka. Wszystko znika, a ja się budzę.
Dziwny sen….
Byłam piratem. Korsarzem, w czasach wojny secesyjnej w Ameryce.
Zostaliśmy pojmani przez wojskowych. Żołnierze mieli mundury w czerwonym kolorze, a właściwie marynarki, bo spodnie były w ciemne…. Broń…to chyba karabiny. Sztucery na dwa naboje?
Byliśmy w drewnianym forcie. Szykowano egzekucję.
Stałem(łam?) pod wysokim ogrodzeniem z drewnianych, zaostrzonych pali. Obok, w szeregu, kamraci z łajby…. Naprzeciw nas – pluton egzekucyjny.
Padła salwa…. Upadłem. Ogromny ból przeszywał mi płuco. Oddech stał się koszmarem.
Kolejny wystrzał - tym razem kula przeszła przez udo.
Równa linia żołnierskich karabinów załamała się i strzelcy ruszyli w naszym kierunku. Nie wiedziałem kto jeszcze żył, a kto zginął. Resztką gasnącej świadomości postanowiłem zrobić wszystko by przekonać ich, że byli skuteczni… że uszło ze mnie plugawe życie. Nim do mnie doszli straciłem przytomność.
Obudziłem się w skrzyni.
To byli zawodowcy… po raz kolejny sprawdzali czy aby ktoś jeszcze nie żyje? Unieśli wieko…. Uważnie obserwowali czy oddycham. Wstrzymywany oddech rozrywał mi wnętrzności. Mięśnie paliły z braku tlenu. Chyba uwierzyli, ale dowódca dla pewności kazał strzelić raz jeszcze do „trupa”. Przestrzelili mi bark. Wieko opadło. Ból odebrał mi przytomność.
Przecknąłem się na statku. Byliśmy na pełnym morzu. Było pochmurno i zimno. Żołnierze odbijali wieka skrzyń i wyrzucali zwłoki do wody… Nie powinni tego robić, ale uważali, że szkoda nawet obskórnych trumien, na takie ścierwo jak piraci. Oszczędzali na pochówku. Gardzili naszymi trupami. Śmieli się… Przeznaczyli nas na żer dla rekinów. To nie było legalne, ale żołnierze na ten proceder mieli milczące przyzwolenie dowódców fortu. Czym różnili się od nas, przeklętych piratów?
Wpadłem do lodowatej wody. Wokół kłębiły się rekiny. Pełno było porozszarpywanych szczątków. Zimny skurcz przeszył mi ciało. To mnie otrzeźwiło. Musiałem zrobić wszystko by się stamtąd wydostać! Pyłynąć! Byle dalej! Płynąć… „Boże dopomóż…!!!”.
W końcu woda uspokoiła się. Odpoczywałem leżąc na plecach. Szybko traciłem siły. Zauważyłem, że statek z żołnierzami zniknął. Oprócz mnie na wodzie dostrzegłem jeszcze dwóch, trzech piratów. Podobnie jak ja pozostali przy życiu. Byli w lepszej kondycji. Szybko oddalali się ode mnie. Za wszelką cenę postanowiłem za nimi płynąć! Świadomość pojawiała się i znikała. Ciało sztywniało z zimna, wyczerpania i bólu. Niewielkie miałem szanse, by dopłynąć do jakiegoś skrawka lądu. A jednak nie poddawałem się…!
Wreszcie na horyzoncie pojawiła się linia brzegowa. Nie wiem – stały ląd czy wyspa? Sił było coraz mniej… Czy dam radę? Czy przyjdzie mi zginąć w chwili, gdy pojawiła się mglista nadzieja? Byłem piratem… to trudna profesja. Wymaga uporu, bezwzględności, determinacji. Dotrę!
Kolejna przeszkoda – rafa koralowa. Tuż przed wąskim skrawkiem plaży… płytka, szeroka, gęsta rafa…. Już nie dało się płynąć. Trzeba było się czołgać… Wyłem z bólu, ale to ten ból trzymał mnie ciągle przy życiu. Nie dałem rady wstać. Przestrzelony bark, płuco, noga… a teraz ostra rafa. Cieła me ciało jak brzytwa. Słona woda potęgowała ból. Nie wiem ile to trwało…. Obudziłem się na piaszczystej plaży. Było widno i ciepło. Byłem sam. Piraci, którzy przypłynęli przede mną, gdzieś zniknęli. Postanowiłem jeszcze tu zostać. Odpocząć. Zabliźnić rany. Tak bardzo chciało mi się pić. Byłem zmęczony. Śmiertelnie zmęczony. Miałem dość piractwa i stylu życia, którego wcale nie chciałem, ale realia tamtych czasów mnie do niego zmusiły. Mogłem być piratem albo nikim.
Nie podnosząc głowy z piasku rozejrzałem się wokoło. Blisko wody, pionowo w górę wznosił się brzeg. Szara gleba klifu obnażona przez sztormowe fale… Wysoko na skraju urwiska rosły gęste drzewa. W pewnym miejscu, gdzie brzeg opadał mniej stromo, dało się zauważyć ścieżkę między drzewami… „Więc są tu ludzie…” przemknęło mi przez głowę. Wbrew pozorom, nie była to dobra wiadomość. Osadnicy nie byli przyjaźnie nastawieni do takich przybyszy jak ja, jak my…. Nie mogłem zostać na plaży. Jak mam się jednak stąd ruszyć? Byłem taki zmęczony i zbolały. Nie chciałem już dłużej tak żyć. Nie chciałem zabijać. Gdybyż tylko pozwolili mi zostać wsród nich… tak po prostu… Byłbym dobrym, uczciwym, pracowitym wieśniakiem. Prowadziłbym ciężkie, ale godne życie. Odpokutowałbym wszystko po stokroć! Broniłbym przed napadem… Gdyby tylko pozwolili mi… Zaufali. Już nie dam rady dłużej tak żyć, nie chcę być piratem…
I wtedy zobaczyłem ich jak ku mnie szli… Uzbrojeni w kije, kosy, widły… Szarzy, prości, spracowani. I tak bardzo przestraszeni! „Nie róbcie tego! Nie chcę się z wami bić… Już nie…” tłukło się w mojej głowie. Wiedziałem, że nie pozwolą mi żyć. W niewielkiej odległości ode mnie zatrzymali się. Zbierali odwagę by do mnie podejść, by pochwycić mnie. Mimo swego żałosnego stanu wzbudzałem w nich przerażenie. Nie chciałem walczyć… a jednak wiedziałem, że to nieuniknione.
Następne co pamiętam, to jak stoję na ubitej ziemi po środku wsi. W zdrowej ręce trzymam szablę. Plecami do mnie, w okręgu stoją inni pojmani korsarze. Są jak ja uzbrojeni. Wokół nas zwarty, szary mur wieśniaków. Zdeterminowanych strachem, zaślepionych lękiem, wyposażonych w kije, kosy, siekiery, widły… Żałosna armia osadników. Zbieranina nic nie wiedząca o walce! „Boże! Przecież nie chcę ich zabijać!!!! Już nie chcę więcej bitw, trupów, wojen! Dlaczego? Dlaczego znów muszę….?!”. Jestem zawodowcem, mistrzem w swojej sztuce. Zanim mnie dopadną wielu z nich uśmiercę! Muszę! Nie sprzedam darmo skóry…. ale wiem, że jestem na straconej pozycji. Nas jest pięciu. Ich dziesiątki. Mają znaczną przewagę liczebną. Nasze szanse są zerowe. A jednak… jednak będę się bronić. I choć jestem słaby, ranny i chory, to wielu z nich dziś zginie i dozna ran z mojej ręki. Jestem zawodowcem… znam się na zabijaniu…. to mój fach… Jakie to smutne.
I ostatnia odsłona. Już nie żyję. Jestem… duchem? Trochę zdezorientowany stoję i patrzę na miejsce pochówku zmarłych osadników. Ono jest na skarpie w lesie. Grzebią zmarłych w pionowej ziemnej półce. Zwłoki zawijają w szmaty, nie stać ich na robienie trumien. Jest tam sporo starych zmurszałych zwłok….
Stoję i patrzę. Mam swój dawny wygląd. Jestem wysokim, dobrze zbudowanym mężczyzną. Mam około 35 lat. Ciemne falujące włosy sięgają mi do ramion. Jestem muskularny, sprężysty i opalony. Ubrany w poszarpaną białą koszulę z bufiastymi, marszczonymi u ramion rękawami. Spodnie na szelki, do kolan, typu „bryczesy”. Nie wiem jak je dokładniej opisać. Na nogach mam zszargane trzewiki i długie, znikające w nogawkach spodni wełniane skarpety.
Gdy tak patrzę, nagle z jednej z półek powoli materializuje się duch… To stara kobieta. Jest taka pogodna. Doczekała się wreszcie uwolnienia i możliwości przejścia „na drugą stronę”. Lśni. Jest cała z bieli… jak z gęstej, bardzo gęstej mgły. Ma długie, białe, wystrzępione włosy; ubrana jest w luźną koszulę do ziemi… a twarz ma tak przejmująco spokojną, dobrą, świetlistą… Gdy przechodzi koło mnie zatrzymuje się na chwilę i mówi jedno jedyne zdanie: „Nie przejmuj się… nie ważne czy dusza zła czy dobra….”. W szarej półce z ziemi robi się owalne okno. Bije z niego światło i balsk. Widzę równoległy świat. Słoneczny, dobry, ciepły. Czuję płynące z tym światłem nieopisane szczęście i błogość. Kobieta uśmiecha się do mnie i znika w tym oknie. Wskakuje w nie z radością, a ono się zamyka. Wszystko znika, a ja się budzę.
Dziwny sen….
piątek, 22 lutego 2013
Matka Boska
Widzę dwa obrazy Matki Boskiej. Jeden to wizerunek Matki Boskiej Częstochowskiej, drugi Niepokalane Serce Najświętszej Marii Panny. Widzę je dlatego, że stanowią wizualne objaśnienie dla "słyszanego" gdzieś w głębi serca i umysłu przekazu: "Za bardzo postrzegacie mnie jako Królową, a za mało jako Matkę. A ja jestem Matką (!), potem - królową; jestem Królową, która jest matką. Królowa dla swoich dzieci... to przede wszystkim kochająca, dobra, troskliwa matka. Za wiele widzicie we mnie władzy, za mało miłości. Pamiętaj... jestem twoją mamą... Przytul się do mnie, przytul po prostu."
Wtedy te dwa wizerunki Matki Boskiej (Matka Boska Częstochowska - królowa Polski i Najświętsze Serce Maryii Panny - matczyna miłość) połączyły się w jeden obraz, w jeden wizerunek, w całość. I wtedy zrozumiałam, że nie wolno tej jedności dzielić. To Matka-Królowa. Jest królową, potężną władczynią i jest jednocześnie kochającą, troskliwą, ciepłą, czułą, wyrozumiałą matką. Ta Wielka Królowa jest twoją dobrą, mądrą i łagodną Matką - zawsze przy tobie, zawsze po twojej stronie. Jak matka, która za swoje dziecko jest gotowa do najwiekszych poświęceń.
To twoja Matka i Królowa Świata.
Wtedy te dwa wizerunki Matki Boskiej (Matka Boska Częstochowska - królowa Polski i Najświętsze Serce Maryii Panny - matczyna miłość) połączyły się w jeden obraz, w jeden wizerunek, w całość. I wtedy zrozumiałam, że nie wolno tej jedności dzielić. To Matka-Królowa. Jest królową, potężną władczynią i jest jednocześnie kochającą, troskliwą, ciepłą, czułą, wyrozumiałą matką. Ta Wielka Królowa jest twoją dobrą, mądrą i łagodną Matką - zawsze przy tobie, zawsze po twojej stronie. Jak matka, która za swoje dziecko jest gotowa do najwiekszych poświęceń.
To twoja Matka i Królowa Świata.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)