Sen odnosi się do dawnych czasów, czasów odkrywania nowych lądów i podbijania nowych światów.
Byłam piratem. Korsarzem, w czasach wojny secesyjnej w Ameryce.
Zostaliśmy pojmani przez wojskowych. Żołnierze mieli mundury w czerwonym kolorze, a właściwie marynarki, bo spodnie były w ciemne…. Broń…to chyba karabiny. Sztucery na dwa naboje?
Byliśmy w drewnianym forcie. Szykowano egzekucję.
Stałem(łam?) pod wysokim ogrodzeniem z drewnianych, zaostrzonych pali. Obok, w szeregu, kamraci z łajby…. Naprzeciw nas – pluton egzekucyjny.
Padła salwa…. Upadłem. Ogromny ból przeszywał mi płuco. Oddech stał się koszmarem.
Kolejny wystrzał - tym razem kula przeszła przez udo.
Równa linia żołnierskich karabinów załamała się i strzelcy ruszyli w naszym kierunku. Nie wiedziałem kto jeszcze żył, a kto zginął. Resztką gasnącej świadomości postanowiłem zrobić wszystko by przekonać ich, że byli skuteczni… że uszło ze mnie plugawe życie. Nim do mnie doszli straciłem przytomność.
Obudziłem się w skrzyni.
To byli zawodowcy… po raz kolejny sprawdzali czy aby ktoś jeszcze nie żyje? Unieśli wieko…. Uważnie obserwowali czy oddycham. Wstrzymywany oddech rozrywał mi wnętrzności. Mięśnie paliły z braku tlenu. Chyba uwierzyli, ale dowódca dla pewności kazał strzelić raz jeszcze do „trupa”. Przestrzelili mi bark. Wieko opadło. Ból odebrał mi przytomność.
Przecknąłem się na statku. Byliśmy na pełnym morzu. Było pochmurno i zimno. Żołnierze odbijali wieka skrzyń i wyrzucali zwłoki do wody… Nie powinni tego robić, ale uważali, że szkoda nawet obskórnych trumien, na takie ścierwo jak piraci. Oszczędzali na pochówku. Gardzili naszymi trupami. Śmieli się… Przeznaczyli nas na żer dla rekinów. To nie było legalne, ale żołnierze na ten proceder mieli milczące przyzwolenie dowódców fortu. Czym różnili się od nas, przeklętych piratów?
Wpadłem do lodowatej wody. Wokół kłębiły się rekiny. Pełno było porozszarpywanych szczątków. Zimny skurcz przeszył mi ciało. To mnie otrzeźwiło. Musiałem zrobić wszystko by się stamtąd wydostać! Pyłynąć! Byle dalej! Płynąć… „Boże dopomóż…!!!”.
W końcu woda uspokoiła się. Odpoczywałem leżąc na plecach. Szybko traciłem siły. Zauważyłem, że statek z żołnierzami zniknął. Oprócz mnie na wodzie dostrzegłem jeszcze dwóch, trzech piratów. Podobnie jak ja pozostali przy życiu. Byli w lepszej kondycji. Szybko oddalali się ode mnie. Za wszelką cenę postanowiłem za nimi płynąć! Świadomość pojawiała się i znikała. Ciało sztywniało z zimna, wyczerpania i bólu. Niewielkie miałem szanse, by dopłynąć do jakiegoś skrawka lądu. A jednak nie poddawałem się…!
Wreszcie na horyzoncie pojawiła się linia brzegowa. Nie wiem – stały ląd czy wyspa? Sił było coraz mniej… Czy dam radę? Czy przyjdzie mi zginąć w chwili, gdy pojawiła się mglista nadzieja? Byłem piratem… to trudna profesja. Wymaga uporu, bezwzględności, determinacji. Dotrę!
Kolejna przeszkoda – rafa koralowa. Tuż przed wąskim skrawkiem plaży… płytka, szeroka, gęsta rafa…. Już nie dało się płynąć. Trzeba było się czołgać… Wyłem z bólu, ale to ten ból trzymał mnie ciągle przy życiu. Nie dałem rady wstać. Przestrzelony bark, płuco, noga… a teraz ostra rafa. Cieła me ciało jak brzytwa. Słona woda potęgowała ból. Nie wiem ile to trwało…. Obudziłem się na piaszczystej plaży. Było widno i ciepło. Byłem sam. Piraci, którzy przypłynęli przede mną, gdzieś zniknęli. Postanowiłem jeszcze tu zostać. Odpocząć. Zabliźnić rany. Tak bardzo chciało mi się pić. Byłem zmęczony. Śmiertelnie zmęczony. Miałem dość piractwa i stylu życia, którego wcale nie chciałem, ale realia tamtych czasów mnie do niego zmusiły. Mogłem być piratem albo nikim.
Nie podnosząc głowy z piasku rozejrzałem się wokoło. Blisko wody, pionowo w górę wznosił się brzeg. Szara gleba klifu obnażona przez sztormowe fale… Wysoko na skraju urwiska rosły gęste drzewa. W pewnym miejscu, gdzie brzeg opadał mniej stromo, dało się zauważyć ścieżkę między drzewami… „Więc są tu ludzie…” przemknęło mi przez głowę. Wbrew pozorom, nie była to dobra wiadomość. Osadnicy nie byli przyjaźnie nastawieni do takich przybyszy jak ja, jak my…. Nie mogłem zostać na plaży. Jak mam się jednak stąd ruszyć? Byłem taki zmęczony i zbolały. Nie chciałem już dłużej tak żyć. Nie chciałem zabijać. Gdybyż tylko pozwolili mi zostać wsród nich… tak po prostu… Byłbym dobrym, uczciwym, pracowitym wieśniakiem. Prowadziłbym ciężkie, ale godne życie. Odpokutowałbym wszystko po stokroć! Broniłbym przed napadem… Gdyby tylko pozwolili mi… Zaufali. Już nie dam rady dłużej tak żyć, nie chcę być piratem…
I wtedy zobaczyłem ich jak ku mnie szli… Uzbrojeni w kije, kosy, widły… Szarzy, prości, spracowani. I tak bardzo przestraszeni! „Nie róbcie tego! Nie chcę się z wami bić… Już nie…” tłukło się w mojej głowie. Wiedziałem, że nie pozwolą mi żyć. W niewielkiej odległości ode mnie zatrzymali się. Zbierali odwagę by do mnie podejść, by pochwycić mnie. Mimo swego żałosnego stanu wzbudzałem w nich przerażenie. Nie chciałem walczyć… a jednak wiedziałem, że to nieuniknione.
Następne co pamiętam, to jak stoję na ubitej ziemi po środku wsi. W zdrowej ręce trzymam szablę. Plecami do mnie, w okręgu stoją inni pojmani korsarze. Są jak ja uzbrojeni. Wokół nas zwarty, szary mur wieśniaków. Zdeterminowanych strachem, zaślepionych lękiem, wyposażonych w kije, kosy, siekiery, widły… Żałosna armia osadników. Zbieranina nic nie wiedząca o walce! „Boże! Przecież nie chcę ich zabijać!!!! Już nie chcę więcej bitw, trupów, wojen! Dlaczego? Dlaczego znów muszę….?!”. Jestem zawodowcem, mistrzem w swojej sztuce. Zanim mnie dopadną wielu z nich uśmiercę! Muszę! Nie sprzedam darmo skóry…. ale wiem, że jestem na straconej pozycji. Nas jest pięciu. Ich dziesiątki. Mają znaczną przewagę liczebną. Nasze szanse są zerowe. A jednak… jednak będę się bronić. I choć jestem słaby, ranny i chory, to wielu z nich dziś zginie i dozna ran z mojej ręki. Jestem zawodowcem… znam się na zabijaniu…. to mój fach… Jakie to smutne.
I ostatnia odsłona. Już nie żyję. Jestem… duchem? Trochę zdezorientowany stoję i patrzę na miejsce pochówku zmarłych osadników. Ono jest na skarpie w lesie. Grzebią zmarłych w pionowej ziemnej półce. Zwłoki zawijają w szmaty, nie stać ich na robienie trumien. Jest tam sporo starych zmurszałych zwłok….
Stoję i patrzę. Mam swój dawny wygląd. Jestem wysokim, dobrze zbudowanym mężczyzną. Mam około 35 lat. Ciemne falujące włosy sięgają mi do ramion. Jestem muskularny, sprężysty i opalony. Ubrany w poszarpaną białą koszulę z bufiastymi, marszczonymi u ramion rękawami. Spodnie na szelki, do kolan, typu „bryczesy”. Nie wiem jak je dokładniej opisać. Na nogach mam zszargane trzewiki i długie, znikające w nogawkach spodni wełniane skarpety.
Gdy tak patrzę, nagle z jednej z półek powoli materializuje się duch… To stara kobieta. Jest taka pogodna. Doczekała się wreszcie uwolnienia i możliwości przejścia „na drugą stronę”. Lśni. Jest cała z bieli… jak z gęstej, bardzo gęstej mgły. Ma długie, białe, wystrzępione włosy; ubrana jest w luźną koszulę do ziemi… a twarz ma tak przejmująco spokojną, dobrą, świetlistą… Gdy przechodzi koło mnie zatrzymuje się na chwilę i mówi jedno jedyne zdanie: „Nie przejmuj się… nie ważne czy dusza zła czy dobra….”. W szarej półce z ziemi robi się owalne okno. Bije z niego światło i balsk. Widzę równoległy świat. Słoneczny, dobry, ciepły. Czuję płynące z tym światłem nieopisane szczęście i błogość. Kobieta uśmiecha się do mnie i znika w tym oknie. Wskakuje w nie z radością, a ono się zamyka. Wszystko znika, a ja się budzę.
Dziwny sen….
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz